<title_newspaper="Życie Warszawy">
<title_article="Droga do silników">
<author_1="Tadeusz Jackowski">
<author_2="">
<language="pl">
<style="press">
<year="1951">
<month="7">
<date="1951-07-06">
<period="d">
<status="1_obieg">
<support="paper">
Stoimy właśnie wewnątrz hali, wśród gąszcza słupów wspierających stropy. Ściany jeszcze surowe, szare, bez kosmetyki tynku, zamiast podłogi — zryta kołami pojazdów ziemia. Cała hala przypomina kolosalny klosz, którym przykryto spory kawał leśnej polany. Przez skośne szyby sufitu snopami wlewa się światło południa. Niedługo w tej hali ruszy produkcja silników elektrycznych na skalę w Polsce nieznaną. Staną tu najnowocześniejsze urządzenia: zaprojektowane przez polskich inżynierów, zbudowane w polskich fabrykach.
Przysiedliśmy na jakiejś betonowej belce. Inżynier Śmigielski, który oprowadzał po tej nieznanej dotąd fabryce, należy do starszej generacji  inżynierskiej. Sposobem mówienia, wyglądem zewnętrznym przypomina profesora gimnazjum. Opowiadanie jego brzmi też trochę jak wykład. Inżynier nie entuzjazmuje się, natomiast skrupulatnie oblicza i kalkuluje:
— Elementy prefabrykowane stanowią w technice budowlanej olbrzymie ułatwienie i poważną oszczędność. Wydaje się, że nasza fabryka należy do pierwszych, które buduje się całkowicie w ten sposób. Widzi pan te belki u stropów — wyglądają jak cegły układane obok siebie. Hala, w której jesteśmy, składa się z 10 tysięcy tych belek. A żeberka wiążące konstrukcję, wyglądające tak lekko, ważą każda ponad tonę i jest ich w tej hali 650.
Spytałem inżyniera o tempo robót. Długo przecierał okulary — wreszcie odpowiedział:
— Budowałem już przed wojną — 30 lat praktyki — to szmat czasu. Obliczałem nasze obecne tempo, porównując z dawnym. Tutaj budujemy 3 razy szybciej. Organizacja robót jest znacznie lepsza. I ludzie inaczej pracują.
Wyszliśmy na jakiś wykop, środkiem biegnie czerwona linia fundamentów. Obok gotowej już ściany fabryki — schowana do pasa w świeżym rowie pracuje kobieta-murarz. Przelazłem przez niski płotek i zacząłem przyglądać się jej robocie. Mocnymi, opalonymi rękami ujęła waserwagę i odgarniając spadające na oczy kosmyki włosów, obserwowała banieczkę powietrzną, tańczącą pod szkiełkiem przyrządu.
</support>
</status>
</period>
</date>
</month>
</year>
</style>
</language>
</author_2>
</author_1>
</title_article>
</title_newspaper>